Najtrudniejsze są początki. Doświadczam tego za każdym razem, kiedy zaczynam nowy projekt, treningi do półmaratonu czy uczę się nowej figury na łyżwach. Gdy już pojawi się jakaś inspiracja cała reszta płynie za nią. Słowa wręcz same układają się w głowie. A za słowami idą czyny.

Symbolika dzisiejszego dnia jest bardzo wyjątkowa. Przecież Wigilia w naszej tradycji symbolizuje właśnie początek – narodziny. Dwanaście potraw na wigilijnym stole odpowiada dwunastu miesiącom w roku. Żadna potrawa na stole nie znajduje się przypadkowo. Każdej z potraw przypisuje się inne znaczenie, które ma zapewnić nam zdrowie, dostatek, szczęście i witalność. Na przykład spożycie miodu miało zapewnić przychylność sił nadprzyrodzonych i długie życie, chleb szczęście, mak płodność, a gruszki długie życie. Podczas wieczerzy wigilijnej rodzina i goście na znak miłości, przyjaźni i pokoju, dzielą się opłatkiem. Na stole powinno znaleźć się sianko oraz dodatkowe nakrycie dla strudzonego wędrowca. W ten sposób wyrażamy również pamięć o naszych bliskich, którzy nie mogą spędzić świąt z nami, lub tych, którzy już odeszli. Do wieczerzy zasiadamy wraz z pojawieniem się na niebie pierwszej gwiazdki na pamiątkę gwiazdy betlejemskiej, którą ujrzeli Trzej Królowie.

W tym symbolicznym dniu pragnę Wam życzyć, aby każdy lukrowany pierniczek, który zawiesicie na choince symbolizował nowy początek. Wraz z nim zawieście na choince motywację do działania, chęć realizacji marzeń i siłę do walki w ciężkich chwilach. To czego nie udało Wam się osiągnąć w 2015 roku niechaj spełni się w 2016. Nigdy się nie poddawajcie.

Życzę Wam, abyście przygotowali plan działania i z impetem ruszyli w Nowy Rok. Życzę Wam, aby pierniczków na choince zmieściło się bardzo dużo.

Dodaj komentarz

8 komentarzy

24/12/15 14:30

JA też z ogromnej potrzeby serca życzę Wszystkim Wesołych Świąt:)

24/12/15 15:44

Wesołych, spokojnych Świąt bez lęków dla wszystkich!

26/12/15 08:14

Sabinko, Wesołych. Dzięki Tobie spędzam pierwsze normalne Święta.

26/12/15 22:08

Dobry wieczór Pani Sabino! Natrafiłam na Pani bloga cztery dni temu, gdy jak co dzień szukałam porad w internecie w sprawie mojej nerwicy. Podeszłam do tego bloga jak do każdego innego. Pomyślałam, że będzie to kolejna strona i osoba, która mnie tylko dobije. Ale do tej pory nie pozbierałam szczęki z podłogi. Dziękuję Bogu, że są jeszcze na świecie tacy ludzie, jak Pani, którzy wyszli z nerwicy i pragną pomagać innym. Od tych kilku dni czuję lekką poprawę – to już coś! Na nerwicę choruję kilka miesięcy, ale przez ten czas w moim bardzo młodym organizmie wiele się zmieniło. Chodzę obolała i wiecznie zmęczona. Na szczęście nie mam lęku przed wyjściem z domu, w szkole czuję się najlepiej, a choćby krótki spacerek mi pomaga. Nigdy bym nie pomyślała, że oprócz leków i psychiatry (z czego chyba nigdy nie skorzystam) będzie coś, a raczej Ktoś, kto mi pomoże. Wczoraj wieczorem pierwszy raz od tych kilku miesięcy zatrzymałam atak, powiedziałam NIE i próbowałam zasnąć. Już się nie trzęsłam, nie miotałam się na łóżku jak psychol. Niesamowite uczucie. Za każdym razem, gdy poczuję jakiś ból, od razu wchodzę na ten blog, wszystko mnie tu uspokaja, nawet oglądanie Pani zdjęć podczas biegania, wycieczek. Ma Pani jakąś moc, dar… Po prostu nie wierzę. Jestem pewna, że wielu ludzi to Pani mówi, ale od tych kilku dni miałam wielką chęć napisać ten komentarz. Od dzieciństwa choruję na tachykardię zatokową spowodowaną właśnie moim porąbanym charakterem i naturą, dlatego nie mogę się męczyć i biegać za dużo. Na razie zacznę od drobnych treningów, siłowni, basenu, spacerów. Kiedyś (to znaczy jeszcze kilka dni temu :D) nie miałam ochoty na nic, a teraz nawet mam ogromną chęć pobiegać i spocić się jak świnia. Nie wiem, dlaczego i w jaki sposób, ale ma Pani w sobie jakąś moc, bardzo za to dziękuję i mam nadzieję, że w końcu uda mi się pokonać moją nerwicę. W końcu zrozumiałam, że nie przeszłam zawału i udaru, nie choruję nieuleczalnie na tętniaki, cukrzyce, stwardnienie rozsiane i epilepsję. To tylko moje lęki. Dziękuję Pani z całego serca i jeśli tylko za te kilka miesięcy uda mi się wyjść z nerwicy, podziękuję Pani jeszcze raz. Dziękuję i niech Nowy Rok przyniesie Pani i Nam wszystkim dużo zdrowia i wszystkiego, co najlepsze. Pozdrawiam.

27/12/15 09:05

Bardzo dziękuję za informację zwrotną. Dzięki takim komentarzom wiem, że to co robię jest dla kogoś ważne, co jeszcze bardziej motywuje mnie do tego, aby się rozwijać. Bardzo zależy mi, aby każdy miał równe szanse w walce z atakami paniki. Będę mocno trzymać kciuki za Panią i oczywiście całą resztę, która tu zagląda! Serdecznie pozdrawiam

28/12/15 17:33

Witaj, Sabinko! Mam 18 lat i od conajmniej 3 lat zmagam się z nerwicą. I właśnie nie wiem, czy jest to nerwica, dlatego potrzebuję pomocy. Z natury jestem bardzo wstydliwą, nerwową i przejmującą się osobą, przy ludziach się praktycznie nie odzywam. Jak miałam jakieś 15 lat złapał mnie taki typowy atak – nagle ból głowy, zawroty, jakies trzęsawki i oczywiście lęk, a wręcz panika, czy ja umieram, czy to koniec. Takich ataków było jeszcze parę, na kilkanaście tygodni zostałam wyrwana z życia, pamiętam tylko tyle, że nie miałam siły na nic. Potem niespodziewanie przeszło na chyba około dwa lata. Tą ”przerwę” wspominam wspaniale, wszystko się wtedy chciało i udawało. Myślalam, że już pokonałam to na dobre, że odeszło. Ale w te wakacje wielki powrót. Miałam jechać nad morze z rodzicami. Od rana lekki ból lewej ręki, potem głowy. Jadąc w samochodzie nakręciłam sobie, że zbiera się na zawał. Gdy byliśmy już na miejscu wszystko zsypało się na mnie, wszystko wróciło. Masakryczne uczucie, bo czułam, jak powoli odpływam. Wczoraj było jeszcze tak cudownie, a dziś – świat się zawalił. Nie wyszłam nawet nad to morze, cały wieczór przesiedziałam na łóżku w hostelu. Trzęsłam się, serce waliło mi pewnie ze 130 na minutę, okropny ból głowy. Nie myślałam, nie słuchałam, chciałam tylko uciec, nawet nie wiem skąd i dokąd. A moje objawy potęgował lęk przed tym, że znajduję się na jakimś zadupiu, nie ma tu szpitali, nikt mi nie pomoże, zostanę sama 500 km od domu. Na drugi dzień rano już siedziałam w swoim pokoju. Czułam się jakbym miała grypę, ale przy grypie nie ma takiego silnego zaburzenia zdrowia psychicznego. Reszta wakacji odbywała się tak: wpisywanie w internecie objawów, dowiadywanie się o nieuleczalnych chorobach, na które mogę cierpieć, załamanie. Jakoś wyszłam na prostą, chodziłam i chodzę normalnie do szkoły, bo przebywanie ze znajomymi dawało mi siłę. Nie boję się wychodzenia do ludzi, na podwórko. Jedynie jakieś apele i kościół sprawia, że panikuję. Kolejny taki zwrot akcji miał miejsce jakoś w październiku. Zdecydowałam się w końcu jechać do ośrodka i zrobić wyniki. W drodze wykrzyczałam wszystko rodzicom, ryczałam cały ranek, że nie chcę tak żyć, żeby mi pomogli, co mi jest, to już koniec. Cała się trzęsłam, już chyba z tej bezsilności. Rodzice zawsze mieli dla mnie dużo zrozumienia, wspierają mnie, kiedy potrafią. Wyniki, o dziwo, wyszły bardzo dobrze (z resztą jak zawsze), oprócz hemoglobiny, która była podwyższona o kilka setnych. Mama zaniosła je do rodzinnej do wglądu, ta mówi, że jest idealnie, że nic mi nie jest, że może muszę pić więcej wody (dzień wcześniej oczywiście zrobiłam akcję, że umieram, bo jestem bardzo odwodniona i przez to moje objawy). Jestem pod stałą obserwacją kardiologa, ponieważ od małego dzieciaka moje serce czasami szaleje, ale i ona zawsze mówi, że to może być przez mój charakter. Nie choruję na nic przewlekle, nigdy nie brałam używek, jem dużo słodyczy i niezbyt zdrowych dań. Staram się dużo jeździć na rowerze, teraz na łyżwach. Biegać i męczyć się przesadnie nie mogę, bo te moje szybkie serce mi nie daje i mam zwolnienie na wf z biegów. No i kilka dni trafiłam na Twój blog. Bardzo podniósł mnie na duchu, ważne cytaty sobie pospisywałam, zapamiętałam i stosuję się do rad. Jest jakby lepiej, wczoraj pierwszy raz udało mi się opanować atak. Ale Sabinko, czy to oby na pewno nerwica? Nigdy nie byłam u żadnego lekarza oprócz rodzinnek, kardiologa i alergologa, nie robiłam żadnych prześwietleń, nie brałam leków, nie byłam u psychiatry. Zawsze wiedziałam, że wyjdę z tego sama, ale coraz bardziej zaczynam się zastanawiać, czy to oby nie jakaś choroba? Może przypomnę jeszcze moje wszystkie dotychczasowe objawy: okropny ból głowy w momencie ataku, nie w jednym miejscu, a jakby cały łeb był ściśnięty, teraz ból głowy lekki mam bez przerwy od kilku miesięcy. Ból ten zachodzi aż na zęby, twarz, przez co boli mnie wszystko od karku w górę. Do tego miałam drętwienia kończyn, drgania mięśni rąk i klatki piersiowej, mroczki przed oczami i takie uderzenia światełek. Czasami nie dociera do mnie, co mówią inni, wyłączam się, nie rozumiem ich mowy. Czasami czuję się, jak w innym świecie, w ogóle nie wiem, jak ja się czuję. Po prostu tak dziwnie. Na nic nie mam już siły, nic mi się nie chce, nie cieszy mnie to, co kiedyś cieszyło najbardziej. Patrzę na świat za oknem, ciągle czuję, jakby to było odległe, jakby nic mnie nie dotyczyło, jakbym odjeżdżała gdzieś. Do tego praktycznie od jakichś dziesięciu lat mam takie uczucie, że nie mogę wziąć oddechu, wcześniej było to wieczorem po jakimś męczącym dniu, a teraz w każdej chwili. Muszę brać oddech z otwartą buzią, bo inaczej się nie da. Nie mam na nic siły, męczę się po wejściu na trzecie piętro, nic mi się nie chce. I teraz czas na moje pytania: czy to na pewno jest nerwica, jakieś zaburzenie psychiczne, depresja czy może jakaś choroba, którą trzeba zidentyfikować? Czy przez takie ”wstrzymywanie” ataków może się coś stać? Chodzi mi o to, że jak mamy atak to zamiast go opanować to mówisz, że powinniśmy specjalnie skakać. Ale jak tu skakać, jak serce wali coraz bardziej. Czy może się coś stać, typu zawał? Mam nadzieję, że wiesz, o co mi chodzi. Przepraszam, że było to bardzo długie, ale coś sądzę, że tylko Ty (a raczej Pani) może mi pomóc, nie mam zamiaru iść do lekarza kolejny raz, by usłyszeć, że nic mi nie jest, gdy tymczasem jeszcze kilka dni temu byłam totalnym wrakiem. Dzięki temu blogowi odzyskałam wiarę w siebie i dało mi to kopa do walki z tym, co mi jest. Ale do tej pory martwi mnie, czy na pewno nic mi nie jest. Jeśli tylko usłyszę (z potwierdzonego źródła, czyli z Pani ust), że to tylko nerwica, od razu biorę się do roboty. Jeśli Pani nie rozwiąże mojego problemu, to już chyba nikt. Także serdecznie proszę o pomoc, jeśli oczywiście ma Pani chwilkę wolnego czasu. Dziękuję również, że istnieje taka osoba na świecie, która tak świetnie potrafi podnieść na duchu. Przepraszam, że jest to takie długie, ale chciałam w końcu powiedzieć to wszystko komuś zaufanemu, kto zna się naprawdę na rzeczy, a nie tylko dobija. Jeśli okaże się, że to tylko moja psychika, to poważnie rozważę udział w coachingach. Zrobię wszystko, aby wyjść z tego bagna. Dziękuje i pozdrawiam serdecznie! 🙂

28/12/15 20:47

Kasiu, jeśli internista potwierdził, że jesteś zdrowa to na pewno jesteś. To co opisujesz przeżywałam osobiście…mroczki, drżenia, uciski, zawroty, derealizacja więc brzmi bardzo podobnie. Ja też wmawiałam sobie różne choroby 🙂 Taki urok ataków paniki. Twoje ciało zmaga się z wielkim wysiłkiem i nie rozumie dlaczego. Ty wysyłasz mu sygnały o zagrożeniu, którego nie ma. Więc wymyśla sobie choroby, by szukać usprawiedliwienia – mówiąc obrazowo. Nie martw się, bo ataki paniki można pokonać. Wystarczy w to mocno wierzyć, zakasać rękawy i do roboty! 🙂

28/12/15 20:53

Bardzo dziękuję za tak szybką odpowiedź. Ulżyło mi ogromnie, bo od kilki miesięcy czekałam właśnie na takie potwierdzenie. A więc od zaraz zabieram się do roboty, po samym czytaniu Pani bloga czuję się wiele lepiej, a co dopiero, gdy wprowadzę zmiany w swoim życiu. Bardzo dziękuję jeszcze raz, od razu jest mi lepiej. 🙂