Zawsze powtarzam, że bieganie to też forma medytacji. Minęło już kilka tygodni od Silesian Highland Marathon i muszę przyznać, że była to jedna z najwspanialszych przygód w moim życiu. Były to dla mnie kolejne 5 godzin i 53 minuty na spotkanie ze sobą, sprawdzenia czy mój wewnętrzny głos działa, czy nadal umiem wsłuchać się w siebie i czy potrafię zapanować nad swoim umysłem, który nie raz na trasie zawodów i w życiu próbuje zboczyć z prawidłowej ścieżki.

 

Na linii startu cieszyłam się jak dziecko, że mam kilka godzin dla siebie i nie muszę być przykuta do biurka jak niewolnik przez połowę dnia. Myślałam sobie niech się samo dzieje i niczego nie planuję.

 

Nasze otoczenie, nasi najbliżsi, wszechświat czy co tam chcecie stawiają nam wieczne wyzwania. Pod ukryciem wydarzeń prowokują do stawiania czoła kolejnym przeszkodom, pracy nad sobą oraz swoimi słabościami. Pierwszą reakcją obronną jest płacz, obwinianie i złość. Można jednak spróbować przyjąć je z wdzięcznością oraz zadać sobie pytanie czemu służą i po co przyszły. Być może zmusisz się do refleksji i zobaczysz coś, co wcześniej było niedostrzegalne?

 

Jeśli liczysz na to, że Twoje ataki paniki miną, gdy skończą się problemy to przestań się  łudzić. Problemy nie kończą się nigdy, bo takie jest życie. Jedyne słuszne rozwiązanie to zmiana podejścia do nich.

 

Jeśli tak jak ja kilka lat temu nie masz stabilnej pracy, mieszkasz w obcym kraju, nie ukończyłeś studiów, nie masz prawa jazdy ani planu na przyszłość to najlepszym rozwiązaniem jest zacząć od porządkowania. Zapewne tak jak i ja wcześniej otrzymywałeś subtelne sygnały, które zostały zignorowane, bo tak było wygodnie…A teraz bomba i tak pierdyknęła. W dodatku narobiła niezłego syfu. Szczątki zniszczeń dookoła walają się pod nogami. Trzeba to posprzątać, zaakceptować konsekwencje w postaci zniszczeń, zabezpieczyć teren i iść dalej.

 

Posprzątałam co mogłam, nie wszyscy po drodze przeżyli, zaakceptowałam konsekwencje, a jako zabezpieczenie terenu wybrałam podróż w głąb siebie. Bez rad, podszeptów znajomych i nakazów. Od tamtego momentu głównym doradcą stał się mój wewnętrzny głos. Bez wpływu z zewnątrz.

 

Taka podróż nie musi trwać rok czy pięć lat. Może być naprawdę krótka. Czasami wystarczy spacer. Moja trwała dłuższy czas, ale musiałam połatać wszystkie aspekty mojego życia. Od pracy począwszy, przez życie prywatne, aż po zmianę miejsca zamieszkania. Ważne, by podczas podróży nie oglądać się za siebie i kierować tym co tak głośno do nas przemawia. Bez potrzeby konsultacji z innymi. Miewamy tendencję do natychmiastowego dzwonienia, rozmowy z kimś zaufanym, opowiadania całej sytuacji i szukania potwierdzenia, że zrobiliśmy dobrze. A przecież jeśli my sami nie wiemy co nam w duszy gra, to jakim cudem będzie to wiedział ktoś obcy?

 

 

Tymczasem w podróży trzeba spotkać się ze swoim własnym wewnętrznym przyjacielem, być dla siebie samego jedynym oparciem, aby znaleźć siłę do walki z demonami. Trzeba je zaprosić do siebie bez oceniania i analizowania, spojrzeć im prosto w twarz i zaakceptować. Ja każdą myśl po prostu witałam i natychmiastowo wracałam do tego co jest tu i teraz. Nie analizowałam przyczyny pierdyknięcia, bo żadna analiza i tak już niczego by nie zmieniła.

 

I w taki oto sposób dotarłam do miejsc, których kompletnie nie znałam. Otwierałam szeroko oczy zarówno na nowe pejzaże, kolory, zapachy, smaki jak i na sytuacje nowo poznawanych ludzi. Takie sytuacje wymuszały moją uważność. Przecież musiałam pilnować drogi, oceniać dystans do mety, szukać noclegu i naginać się do przepisów panujących w danym miejscu. Postanowiłam przyjmować wszystko dokładnie tak jak dyktował mi wewnętrzny głos. Kto powiedział, że nie można jeździć na rolkach całymi dniami, nie poddawać się korporacyjnym szantażom i pracować tam gdzie wypada, biegać górskie maratony i założyć bloga o stanach lękowych. Kto powiedział, że nie można i że się nie da? Przełamałam wszystkie te stereotypy poznając samą siebie.

 

Na 6 godzinnej trasie maratonu wyżynnego można się o sobie wiele nauczyć. W ciszy i spokoju mój umysł zaczyna oddychać. Podsuwa sygnały i pomysły jak je realizować. Rzeczy trudne nagle stają się takie proste.

Kiedy umysł medytuje, nie musi skupiać się na rozwiązywaniu codziennych problemów (a jest ich tysiące i tylko się mnożą). Choć przez chwilę ma szansę widzieć oraz czuć więcej. Właśnie  wtedy ma najlepszą okazję powiedzieć czego tak naprawdę potrzebuje. Wtedy zaczyna się dziać magia.

 

Odkryłam, że nie muszę już nosić rozmiaru XS i w M czuje się naprawdę dobrze, że lubię zdecydowanie bardziej przygody w lesie niż w luksusie, że pies kocha jak człowiek i tęskni jak człowiek, że bardzo tęsknie za mgłami i zachodami słońca, których nie widać z okien w miejskich blokach, że muszę mieć cel i wtedy mam po co żyć, że nie mogę brać odpowiedzialności za czyny wszystkich ludzi dookoła, że ludzie są wspaniali i potrafią zaskakiwać, że zdecydowanie lepiej czuję się na trasie utaplana błotem niż w szpilkach, że po biegu wyżynnym nawet kiełbasa smakuje wybornie, że na wesele można iść z siwymi paznokciami od biegu (lub bez nich) i będzie to dodatkowy powód do dumy, że rodzina jest najważniejsza i jej wsparcie jest niezbędne do pełni szczęścia w życiu.

 

A Ty jak medytujesz i odrywasz siebie?

 

 

Dodaj komentarz

 

9 komentarzy

24/08/16 11:06

Czytam codziennie Pani bloga i jestem pod wrażeniem jak Pani z tego wyszła. Ja nie mogę ruszyć z miejsca. Strach mnie paraliżuje. Niby wiem wszystko w teorii jak to wygląda, a nie umiem tego wprowadzić w życie. Wmawiam sobie, że nie boję się ataku paniki a gdy przychodzi panikuję 🙁 Nie wiem czy dam radę to pokonać, czasami myślę że nie 🙁

24/08/16 12:32

Monika, nie od razu Rzym zbudowano. Spróbuj spojrzeć na sprawę bardziej przychylnym okiem. Powoli, a do celu. Przecież języka angielskiego też się w jeden dzień nie nauczysz 🙂 Próbuj tyle razy, aż wyjdzie. Może następna porada powinna dotyczyć motywacji 🙂 ?

24/08/16 13:28

Cudo artykuł Sabi!
Mój sposób na medytację, odłączenie się od myśli i chwilowych problemów, na swobodne życie tu i teraz, to również bieganie i ogólnie sport na powietrzu, ale też nawet chwilowe zerknięcie na niebo, na chmurę, horyzont. Lub zwyczajne zamknięcie oczu i odczuwanie – zapach, dźwięki – daje dziwne poczucie wolności, taka prosta czynność a pozwala zostawić za sobą żal i przykre doświadczenia i uzmysławiasz sobie wtedy, że życie dzieje się teraz, nigdzie indziej…
„Nieważne co z Tobą zrobiono, ważne co Ty z tym zrobisz”:)
warto być Kolumbem samego siebie, znaleźć swój sposób by płynąć z nurtem a nie wciąż pod prąd, trzeba po prostu Chcieć:)

24/08/16 13:58

<3

25/08/16 12:18

Witaj Sabinko! Kochana jak radziłaś sobie z bolącymi kolanami od biegania? Od kiedy zaczęłam się więcej ruszać ból jednego kolana jest nie do zniesienia 🙁 Pozdrawiam serdecznie :*

25/08/16 13:09

Hej Marti, Miałam ten sam problem. Jedyne sensowne rozwiązanie jakie znalazłam to wzmacnianie kolan ćwiczeniami. Kupiłam takie tasiemki, które rozciągam, mam też takie krążki do Fit and Slide i jeszcze taki jakby dysk nadmuchany na którym się staje i robi ćwiczenia. Po trzech miesiącach kolana się wzmocniły na tyle, że dały radę na maratonie. Aha i jeszcze rozciąganie jest bardzo istotne 🙂 <3

25/08/16 21:30

Dziękuję Kochana, poszukam takich cudów może i mi pomogą, buziaki <3

26/08/16 08:19

A proszę bardzo. Daj znać co wybrałaś i czy działa 🙂

26/08/16 14:14

Zamówiłam tasiemki do ćwiczeń i czekam na nie z niecierpliwością, dam znać na pewno <3 🙂